Nasz wścibski sąsiad kazał odholować nasze samochody z podjazdu przed domem – i zapłacił za to wysoką cenę.

Jack wyciągnął rękę nad głowę i uśmiechnął się szeroko. „Dobrze. Chcę, żeby był całkowicie rozbudzony, kiedy to się stanie”.

Słońce jeszcze nie wzeszło, kiedy następnego ranka wyszliśmy na ulicę. W idealnym momencie czarny SUV skręcił zza rogu i powoli zatrzymał się przed domem Lindsey.

Drzwi kierowcy się otworzyły i wysiadł mężczyzna. Miał na sobie obcisły czarny garnitur, obcisłą białą koszulę i lśniące buty, które prawie nie hałasowały, gdy przechodził przez ulicę. Nawet w porannym świetle miał na nosie ciemne okulary przeciwsłoneczne.

Stał obok mnie i lekko skinął głową. Odwzajemniłem skinienie.

Przeszliśmy razem przez ulicę i wyszliśmy na ganek Lindsey. Zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi.

Po kilku sekundach drzwi zaskrzypiały i otworzyły się.

Lindsey stała tam w miękkim różowym szlafroku, z blond włosami rozczochranymi na czubku głowy, z białym kubkiem w każdej dłoni, na którym widniał napis „Żyj, Śmiej się, Kochaj”. Zamrugała gwałtownie, patrząc na nas. „Yyy… halo?”

Policjant się nie uśmiechnął. Sięgnął do kieszeni kurtki, wyciągnął cienki skórzany portfel i otworzył go, pokazując odznakę i dowód osobisty.

„Proszę pani” – powiedział spokojnie – „w związku z pani działaniami wczoraj rano, toczy się obecnie śledztwo w sprawie utrudniania aktywnej tajnej operacji federalnej”.

Krew odpłynęła z twarzy Lindsey. Otworzyła usta, ale nic nie wydobyło się z nich.

„Ja… ja nie rozumiem” – powiedział w końcu. „O jakiej operacji mówisz?”

„Przystąpił do odholowania dwóch pojazdów rządowych” – kontynuował funkcjonariusz, wciąż spokojny i formalny. „Czyniąc to, utrudniał i narażał na niebezpieczeństwo pracę dwóch zaangażowanych w sprawę urzędników federalnych”.

„Nie wiedziałem!” wyjąkał. „Myślałem, że po prostu staram się przestrzegać zasad Stowarzyszenia Właścicieli Domów!”

„Nie sprawdziłeś pojazdów przed ich usunięciem” – odpowiedział bez mrugnięcia okiem. „W ten sposób opóźniłeś i zagroziłeś trwającemu śledztwu federalnemu. Łączne koszty i straty spowodowane twoimi działaniami wynoszą dwadzieścia pięć tysięcy dolarów”.

Otworzył usta ze zdumienia. Kubek wypadł mu z ręki i z głośnym hukiem upadł na werandę, gdzie roztrzaskał się na kawałki.

Jack zrobił krok naprzód, z rękami w kieszeniach bluzy z kapturem. „Może” – powiedział sucho – „następnym razem nie będziesz się zachowywał jak szeryf z przedmieścia”.

Spojrzał na rozbity kubek, jakby to było wyjaśnieniem, jak wszystko mogło pójść tak źle.

Policjant skinął głową. „Nasze biuro skontaktuje się z panem w celu podjęcia dalszych działań. Do tego czasu nie wolno panu opuszczać terenu zdarzenia”. „Proszę nie kontaktować się z osobami zamieszanymi w sprawę. Proszę nie niszczyć żadnych dokumentów ani akt”.

Skinął głową, ledwo słyszalnie. Usta miał nadal otwarte.

Policjant odwrócił się i odszedł do SUV-a bez słowa.

Spojrzałem na nią ostatni raz. „Może następnym razem po prostu upiecze ciasteczka i na tym poprzestanie”.

Wróciliśmy ulicą w milczeniu.

Lindsey nic nie powiedziała. Jej drzwi pozostały otwarte, z wyjątkiem szpary. Okiennice pozostały zamknięte przez resztę dnia. A te piękne krzewy róż, z których była taka dumna?

Nigdy nie wrócili do pełni sił.