„Organizacje pomogły, ale pierwszą deską ratunku okazała się dla mnie nieznajoma z internetu, która na chwilę odłożyła na bok swój ogromny żal, by ubrać zmarznięte dziecko. Ta kobieta stoi z tyłu sali”.
Cała sala odwróciła się, żeby na mnie spojrzeć. Nura uśmiechnęła się i wyjęła coś z kieszeni eleganckiej kurtki. To była nowiutka, mała, robiona na szydełku żółta kaczuszka.
„W paczce, która uratowała mi życie, była szczęśliwa kaczuszka. A dziś chciałabym ogłosić, że fundacja, którą gmina upoważniła mnie do założenia – fundacja, która będzie dostarczać anonimowe paczki z pomocą i zabawki uciekającym matkom i dzieciom – będzie się nazywać »Żółta Kaczka«”. Spojrzała na mnie ze łzami radości w oczach. „Bo miłość nigdy nie umiera. Po prostu zmienia formę”.
Dziś oryginalna, stara, szydełkowana kaczuszka siedzi dokładnie tam, gdzie jej miejsce: na drewnianej szafce nocnej mojej córki. Wełniana włóczka z czasem trochę się wystrzępiła, kolor nieco wyblakł, a dwie małe, czarne dziurki na guziki są trochę krzywe...
Moja córka teraz zasypia przy nim każdej nocy, bezpieczna i ciepła.