My, matki, siedząc na drewnianej ławce pod rozłożystym dębem, podążałyśmy za tym naturalnym przykładem. Dla nas było to nieco wolniejsze i ostrożniejsze, naznaczone głębokimi rozmowami i momentami wrażliwości, ale bliska więź, która się między nami nawiązała, była niezwykle silna i całkowicie realna. Rozumiełyśmy swoje milczenie bez słów…
Czasami, gdy byłam wyczerpana pracą, niespodziewanie gotowała nam wszystkim pyszny obiad, a jej kuchenny stół zapełniał się aromatycznymi potrawami z jej kultury. Innym razem opiekowałam się jej energiczną córką wieczorami, żeby mogła spokojnie chodzić na rozmowy kwalifikacyjne i zajęcia wieczorowe, gotowa do samodzielnego budowania swojej przyszłości.
Kiedy nadeszła rocznica śmierci mojej mamy, w ponury październikowy dzień, który zawsze wydaje mi się ołowiany i który wolę spędzać samotnie w łóżku, Nura niespodziewanie pojawiła się w moich drzwiach. W dłoni trzymała piękny, duży bukiet ulubionych kwiatów mojej mamy i termos z gorącą herbatą. Wiedziała o tym, choć jej nie mówiłam.
Pewnego mroźnego zimowego wieczoru, gdy siedziałam przy kominku z kieliszkiem wina, spojrzał na mnie i powiedział miękkim, delikatnym głosem: „Wiesz, trzymałem te ubrania starannie złożone w szufladzie w naszym nowym mieszkaniu przez miesiące w zeszłym roku, aż w końcu poczułem się na tyle silny i gotowy, by znów zamknąć krąg. Chciałem oddać pudełko…