„Przykro mi, ale to nie rozwiązuje problemu”. Wstał i zaczął chodzić po pokoju. „Przez ostatnie osiemnaście miesięcy próbowałem wszystkiego. Osiemnaście miesięcy szukałem żony, która zaakceptuje mnie pomimo moich okoliczności. Nikt tego nie zrobi. Nikt nie chce męża, który nie może mieć dzieci. Taka jest rzeczywistość”.
Ja wiem.
Musiałem więc myśleć kreatywnie, bardzo kreatywnie, o rozwiązaniach, które… przełamywały granice konwencjonalności.
Coś w jego tonie mnie zaniepokoiło. „Co masz na myśli?”
Zatrzymał się i spojrzał mi prosto w oczy. „Dam ci Delilah”.
Spojrzałem na niego, pewien, że źle zrozumiałem. „Przepraszam. Co?”
Dalila, wieśniaczka. Oddaję ci ją za towarzyszkę. Właściwie twoją żonę.
Słowa były bez znaczenia. „Ojcze, nie możesz sugerować…”
„Niczego nie sugeruję. Po prostu mówię, co się stanie”. Jego głos był teraz twardy. Ten sam, którego użył w sądzie, ogłaszając werdykt. Żadna biała kobieta nigdy nie będzie chciała cię poślubić. To fakt. Ale rodzina Callahan musi trwać. Plantacja potrzebuje spadkobierców, nawet tych niekonwencjonalnych.
Groza jego propozycji mnie zszokowała. „Chcesz mnie… z niewolnicą? Ojcze, nawet gdybym mógł – a doktor twierdzi, że nie mogę – dziedziczenie nie działa. Dziecko urodzone przez niewolnicę nie byłoby twoim spadkobiercą. Byłoby twoją własnością”.
„Jeśli ich nie uwolnię. Jeśli ich legalnie nie adoptuję. Jeśli nie spiszę starannie testamentu, w czym jestem szczególnie biegły jako sędzia i prawnik”.
„To szaleństwo”. „To konieczne”.
„To konieczne”. Usiadł ponownie i pochylił się do przodu. „Thomas, posłuchaj mnie. Rozważałem to z każdej strony. Nie możemy mieć dzieci. Lekarze byli zgodni w tej kwestii. Ale możemy mieć dzieci w twoim imieniu. Delilah jest silna, zdrowa i inteligentna. Skojarzę ją z odpowiednim samcem z innego rancza. Bydło o silnym pokroju, o udowodnionej płodności, dobrze uformowane. Dzieci, które się urodzi, będą prawnie moje, dzięki dokumentom, które sporządzę. Kiedy umrę, zostawię je tobie wraz z dokumentami, które je uwolnią i wskażą jako twoich adopcyjnych spadkobierców. Odziedziczą wszystko”.
„Mówisz o hodowaniu ludzi jak bydła.”
Mówię o zapewnieniu ciągłości tej rodziny i tej plantacji. Czy to niekonwencjonalne rozwiązanie? Tak. Czy jest to skomplikowane prawnie? Zdecydowanie. Ale jest możliwe i rozwiązuje nasz problem.
„To nie mój problem”. Wstałem, a moje ręce trzęsły się bardziej niż zwykle. „Ojcze, to, co opisujesz, jest złe. Chcesz wykorzystać ciało kobiety bez jej zgody, by mieć dzieci, które zostaną zmanipulowane poprzez oszustwa prawne i staną się twoimi spadkobiercami. Traktujesz ludzi jak bydło, jak zwierzęta”.
„W oczach prawa to zwierzęta”. Jego głos podniósł się, by dorównać mojemu. „Thomas, wiem, że czytałeś te książki o abolicjonizmie. Tak, znam je. Nie jestem ślepy. Napełniłeś sobie głowę absurdalnym sentymentalizmem na temat człowieczeństwa niewolników, ale rzeczywistość prawna jest taka, że są oni moją własnością. Delilah jest moją własnością, tak jak ten dom czy to krzesło. I postanowiłem wykorzystać ją do rozwiązania problemu”.
„A co myśli Delilah?”
„Zrobi, co jej każą. Jest twoją własnością, Thomasie. Twoja opinia jest nieistotna”.
Coś we mnie pękło. Całe życie podporządkowywałem się autorytetowi ojca, akceptowałem jego decyzje i starałem się zrekompensować to, że byłem rozczarowanym synem, ale to było za wiele.
"NIE."
Słowo wypowiedział cicho, ale stanowczo. Mój ojciec zamrugał. „Co powiedziałeś?”
Powiedziałem „nie”. Nie chcę być w tym częścią. „Jeśli chcesz wprowadzić ten obsceniczny system rodzicielski, zrobisz to bez mojego udziału i współpracy”.
„Niewdzięczny…” Wstał, a jego twarz poczerwieniała. „Czy masz pojęcie, ile dla ciebie poświęciłem? O możliwościach, które przegapiłem, bo musiałem skupić się na szukaniu rozwiązań dla mojego niepełnosprawnego syna. O wstydzie społecznym z powodu posiadania spadkobiercy, który nie potrafi wykonywać nawet najbardziej podstawowej czynności, jakiej się od niego wymaga”.
„Nie prosiłem się, żeby się taki urodzić, ani nie prosiłem o dziecko, które by zniszczyło linię krwi”. Rzucił szklanką, która roztrzaskała się o kominek. „Szukam rozwiązania, a ty rzucasz mi je w twarz swoją urojoną wyższością moralną, zaczerpniętą z propagandy abolicjonistycznej”.
„To nie jest propaganda, gdy mówię, że ludzi nie należy wychowywać jak zwierzęta”. Ojcze, jeśli nie dostrzegasz zła w tym, co proponujesz…
„Wynoś się! Zejdź mi z oczu!”
Wyszedłem z biblioteki z bijącym sercem i drżeniem całego ciała. Poszedłem do swojego pokoju, zamknąłem drzwi i usiadłem na łóżku, próbując przetworzyć to, co się właśnie wydarzyło. Mój ojciec chciał wykorzystać niewolnicę jako materiał rozrodczy, aby stworzyć spadkobierców, którymi można by legalnie manipulować, aby odziedziczyli jego plantację, i nie widziałem w tym planie nic złego. Wręcz przeciwnie, uważałem to za pomysłowe rozwiązanie nierozwiązywalnego problemu.
Tej nocy nie mogłem spać. Ciągle myślałem o Dalili, o życiu, jakie mój ojciec dla niej przygotował bez jej wiedzy i zgody.
Oczywiście, że widział ją na plantacji; nie sposób było jej nie zauważyć. Delilah miała dwadzieścia cztery lata, prawie pięć stóp wzrostu i potężną budowę, owoc lat ciężkiej pracy w polu. Miała gładką, mahoniową cerę, wysokie kości policzkowe i oczy emanujące inteligencją, którą nauczyła się ukrywać wśród białych mężczyzn. Była tym, co brygadziści nazywali robotnicą polową pierwszej klasy, wystarczająco silną, by zbierać 136 kilogramów bawełny dziennie, wystarczająco zdrową, by przetrwać surowe lata nad Missisipi bez załamania.
Słyszała, jak brygadziści mówili o niej: „Ta Delilah jest warta trzech zwykłych rąk, nigdy nie choruje, nigdy się nie skarży, pracuje jak maszyna”. Ale słyszała też bardziej złowieszcze komentarze. „Co za marnotrawstwo marnować taki potencjał reprodukcyjny na polu. Kobieta o takiej budowie ciała powinna rodzić dzieci co roku”.
Mój ojciec chciał mieć pewność, że potencjał reprodukcyjny zostanie wykorzystany. Nie mogłem na to pozwolić.
Ale co mogłem zrobić? Nie miałem żadnej władzy nad plantacją. Miałem 19 lat, byłem słaby fizycznie i finansowo zależny od ojca. Nie mogłem uwolnić Delilah; nie byłem jej właścicielem. A nawet gdybym był, proces prawny był skomplikowany i kosztowny. Nie mogłem pomóc jej uciec; ledwo ją znałem, nie miałem żadnych powiązań z Koleją Podziemną i nie miałem pojęcia o organizacji ucieczki zbiegłego niewolnika.